Słowacja, sierpień 2007.
Nasz południowy sąsiad to niewielkie państwo bez dostępu do morza, ale góry mają za to piękne i dużo. Większa część Tatr leży właśnie po słowackiej stronie granicy. A my, jako, że po polskiej stronie nie zostało już wiele tatrzańskich szlaków, których byśmy nie zeszli, wybieramy się na podbój słowackich grani.
Nasz punkt bazowy to Nova Lesna, miejscowość prawie w całości zamieszkana przez Romów. U jednej, z bardzo sympatycznych zresztą, rodzin wynajmujemy pokoik w domku niedaleko od stacji podstawowego środka transportu w tamtym rejonie - Elektriczki. Jest to kolejka, której tory wiją się u podnóża Tatr, a każda stacja to punkt startowy górskich szlaków. Noclegi są sporo tańsze niż w naszej ojczyźnie.
Tatry Słowackie pod względem powierzchni są kilkukrotnie większe niż nasze, a turystów mniej, przynajmniej takie się odnosi wrażenie. Pod względem stopnia trudności szlaków, wydają się łatwiejsze. Brakuje im naszej Orlej Perci, czy Świnicy, podejście pod Rysy również jest łagodniejsze. Na co ciekawsze szczyty, a Gerlach w szczególności nie prowadzą żadne szlaki i aby tam wejść należy wynająć przewodnika za paskudnie wysokie kwoty. Nam udało się dołączyć do ekipy idącej pod komendą górskich ratowników za połowę obowiązującej stawki.
Pogoda zróżnicowana jak to w Tatrach, był i śnieg i burze i upały. Przeszliśmy znaczną część słowackich szlaków, jednak conajmniej drugie tyle jeszcze czeka na naszą kolejną wizytę.
