USA, czerwiec - październik 2003.
Do Ameryki przybywam z zamiarem przemierzenia jej stanów wzdłuż i wszerz, na miarę swoich skromnych możliwości oczywiście. W kieszeni 300 dolarów i praca w kuchni na campie w środku lasu jakieś 150 km na północ od Nowego Jorku.
Praca nie lekka, czasem i po kilkanaście godzin dziennie z bełkoczącym szefem z Harlemu nad głową, u którego zainteresowani mogli się dobrze zaopatrzyć w różne zielska lub kokainę. 10 tygodni minęło nadwyraz szybko, a "zielone" otrzymane za codzienną walkę ze zmywakiem, piekarnikiem, chłodnią i magazynem, zdecydowanie pomogły w realizacji dalszych planów.
A potem to już tylko podróż od Atlantyku do Pacyfiku, od Kanady do Meksyku. New York, Niagara, California, sky's the limit, no, pomijając może fakt mojego niezbyt wypchanego portfela...
